„POD KRZYŻEM UCZYMY SIĘ KOCHAĆ”

Życie i misja Ojca Pio świadczą o tym, że trudności i cierpienia – jeśli są przyjęte z miłością – przekształcają się w uprzywilejowaną drogę do świętości, prowadzącą do osiągnięcia większego dobra, znanego jedynie Panu. 

 

„Przyjaciel Krzyża jest człowiekiem wybranym przez Boga spośród dziesięciu tysięcy żyjących według zmysłów i rozumu, po to jedynie, by stać się człowiekiem całkowicie Bożym, wyniesionym ponad rozum i całkowicie przeciwnym zmysłom, poprzez życie i światło czystej wiary i żarliwe umiłowanie Krzyża”. Te słowa św. Ludwika Marii de Montfort możemy bez wątpienia przypisać Ojcu Pio z Pietrelciny, pokornemu kapucynowi z Gargano, który przeszedł do historii Kościoła jako pierwszy stygmatyzowany kapłan i „Cyrenejczyk ludzkości”. Ten człowiek z Krzyża uczynił symbol swej krwawej walki przeciwko światu skłonnemu, by o Krzyżu zapominać i zdecydowanemu, by go zwalczać. Przez całe swoje życie starał się jak najbardziej upodobnić do Chrystusa Ukrzyżowanego, zdając sobie dobrze sprawę ze swego powołania do wyjątkowej współpracy w dziele zbawienia. Bez tego stałego odniesienia do Krzyża nie można zrozumieć jego świętości. Jemu wystarczała kontemplacja Krzyża, styl życia Jezusa, Słowa wcielonego i ukrzyżowanego, by wprowadzać w życie Jego orędzie zbawienia, bo „oprócz krzyża – jak powtarzał – nie ma innej drogi, która prowadziłaby do uświęcenia i zbawienia”.

Oto dlaczego Ojciec Pio kładł szczególny nacisk na przedstawianie drogi Krzyża jako pewnej oznaki Bożego uprzywilejowania. Dobrowolny wybór bolesnej drogi jest łaską, która nie jest udzielana wszystkim jednakowo, choć wszyscy chrześcijanie powinni naśladować Pana Jezusa. Tę łaskę otrzymują ci, którzy w planach Bożej ekonomii są powołani do jeszcze pełniejszej realizacji ideału doskonałości. Właśnie dlatego Ojciec Pio uczy, że Krzyż każdego chrześcijanina ma swe źródło w miłości, którą go Bóg obdarzył, i przez którą się wyróżnia. Krzyż więc – jakimkolwiek mianem określany i pod jakąkolwiek bolesną postacią ukazujący się w jego życiu – zajmował zawsze uprzywilejowane miejsce w duchowości i osobistej ascezie Ojca Pio.

Czyż słowa Jezusa „jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie” (Mt 11,30) nie są pocieszające dla tych, którzy przyjmują Bożą wolę także w czasie doświadczeń i cierpienia? Ewangeliczny obraz „jarzma” przywołuje na myśl także: wiele trudnych sytuacji, którym pokorny kapucyn z San Giovanni Rotondo musiał stawić czoła. Dzisiaj w nim kontemplujemy jak słodkie jest Chrystusowe „jarzmo” i prawdziwie lekkie Jego brzemię, gdy jest niesione z wierną miłością.

Życie i misja Ojca Pio świadczą o tym, że trudności i cierpienia – jeśli są przyjęte z miłością – przekształcają się w uprzywilejowaną drogę do świętości, prowadzącą do osiągnięcia większego dobra, znanego jedynie Panu. Cierpienia Chrystusa Ukrzyżowanego wraz z wyraźną wolą ofiarowania siebie wraz z Bożym Odkupicielem, odnowiły się w Ojcu Pio, czyniąc z niego alter Christus. A on, nadzwyczajny uczeń Ukrzyżowanego Pana, pozwolił się Bogu ukształtować według Jego planu miłości. Potwierdza to list napisany do Raffaeliny Cerase: „Aby osiągnąć nasz cel ostateczny, trzeba podążać za Bożym Dowódcą, który pragnie prowadzić duszę wybraną nie inną drogą jak tą, którą sam przebył, drogą wyrzeczenia i krzyża”. Historia Kościoła daje świadectwo temu, że największe dzieła powstają w ciszy i przyjęciu poniżenia Krzyża, w uznaniu za swój początek tego ziarnka gorczycy, rzuconego na Kalwarii dla zbawienia świata.

Wystarczy rzucić okiem na jego bogate słownictwo, aby dostrzec jak duchowość przez niego wcielana w życie jest przesiąknięta doświadczeniem Krzyża. Słowa takie jak: „Kalwaria”, „Krzyż”, „cierpienie”, „ofiara”, „wyrzeczenie”, „udręki”, „pokusa” powtarzają się często w jego listach i stają się jakby tematem przewodnim prowadzonego przez niego duchowego kierownictwa. Zakochany w Bogu starał się upodobnić do Umiłowanego, pragnął wielkodusznie, jak On, zapłacić nie oszczędzając siebie. Do swego kierownika duchowego pisał: „Jestem gotowy na wszystko, byle tylko Jezus był zadowolony i zbawił dusze moich braci, zwłaszcza te, które mi powierzył”.

Prawdziwy przyjaciel Krzyża, przeniknięty na wskroś miłością Bożą przynaglającą i wyniszczającą, nie oszczędzał się, aby pomóc nieść Krzyż wielu ukrzyżowanym, spotkanym na Górze Gargano w sakramencie pojednania, w kierownictwie duchowym, w prywatnych rozmowach. W liście do ojca Augustyna pisze: „Jestem ukrzyżowany z miłości”. Jest to stwierdzenie zaskakujące w swej dramatycznej istocie, ale ujawniające sedno tajemniczych wydarzeń całego jego życia. Dzień po dniu odkrywał swoją misję „współodkupiania”, czując się niegodnym tego przywileju. 20 września 1912 r. napisał ojcu Augustynowi: „On (Jezus) wybiera sobie dusze i wśród nich, pomimo wszystkich moich braków, wybrał i moją, aby pomogła Mu w wielkim dziele ludzkiego zbawienia”.

Pomimo wielkiego cierpienia nigdy się nie skarżył na słodki ciężar nałożony na niego przez Mistrza i nigdy się nie starał o to, by był on zmniejszony. Tak pisze: „Ja wcale nie pragnę, by krzyż ważył mniej, ponieważ to dla mnie cenne móc cierpieć z Jezusem; kontemplując krzyż niesiony przez Jezusa czuję się coraz to bardziej wzmocniony i przepełnia mnie święta radość”. Radość tę jednak Ojciec Pio przeżywał w cierpieniu, jak dowiadujemy się ze świadectwa papieża Jana Pawła II, złożonego bratu Modestino Fucci, a otrzymanego bezpośrednio przez Ojca Pio, kiedy jako młody kapłan przybył z wizytą do San Giovanni Rotondo między 28 marca a 4 kwietnia 1948 r. Na dokładne pytanie papieża Jana Pawła II o to, która rana sprawiała Ojcu Pio najwięcej bólu, usłyszał odpowiedź: „Rana prawego ramienia od niesienia krzyża”. Po śmierci Ojca Pio brat Modestino miał się zająć zrobieniem spisu wszystkiego, co znajdowało się w celi Ojca Pio. Znaleziono koszulę bardzo poplamioną krwią w prawej tylnej części. Jest ona przechowywana w muzeum braci kapucynów w San Severo. Rok później Ojciec Pio wyznał: „Tak, kocham krzyż, tylko krzyż; kocham go, bo widzę go zawsze na ramionach Jezusa”. Na cierpienia Jezusa Ojciec Pio nie mógł pozostawać obojętny. Widok cierpienia Umiłowanego wzbudzał w nim tak ogromny ból, że nie był w stanie w nim nie uczestniczyć. Współcierpiał razem z Nim, nie potrafiąc zostawić Go samego w utrapieniu : „Cierpię i chciałbym cierpieć coraz więcej; czuję, że się wyniszczam i chcę tego coraz bardziej… Pragnę… żyć, aby coraz więcej cierpieć, po tym jak Jezus dał mi do zrozumienia, że najlepszym dowodem miłości jest znoszenie cierpienia”.

Ojciec Pio dobrze rozumiał „obowiązek” Krzyża, który uczy miłości. 21 kwietnia 1915 r. Ojciec Pio napisał do ojca Augustyna: „Wiem dobrze, że Krzyż jest dowodem miłości, jest gwarancją przebaczenia, a miłość, która nie wyrasta z Krzyża, nie jest prawdziwą miłością; jest słomianym ogniem”. Innym razem wyznaje to, co powiedział mu sam Jezus: „Pod krzyżem uczymy się kochać, a Ja nie daję go wszystkim, ale jedynie wybranym duszom”. W szkole cierpienia, które do Ojca Pio pukało już od najmłodszych lat, uczył się ogromnej wartości Krzyża, namacalnego znaku prawdziwej miłości. Ojciec Pio dobrze wiedział, że bez ofiary nie ma miłości i że prawdziwą miłość próbuje się w ogniu utrapienia. Z pewnością niejednokrotnie czytał na drzwiach swojej celi nr 1 zdanie zaczerpnięte z „O naśladowaniu Chrystusa”: „Krzyż jest zawsze gotowy i czeka na ciebie wszędzie”. Stało się to dla niego rzeczywistością do tego stopnia, że cały pochłonięty Miłością Ukrzyżowaną, stał się piewcą krzyża. W jednym z jego listów z 1915 r. czytamy: „Ojcze, jak słodko brzmi wyraz krzyż! Tutaj, u stóp krzyża Jezusa, dusze oblekają się światłem, rozpalają się miłością; tu rozpościerają skrzydła, by wzbić się ku lotom jeszcze wyższym. Niech ten krzyż będzie i dla nas zawsze miejscem naszego odpocznienia, szkołą doskonałości, ukochanym naszym dziedzictwem”. Krzyż niesiony z Jezusem i dla Jezusa staje się znośny i jest najbardziej konkretnym dowodem miłości, jaki możemy Mu dać. Umiłowanie Krzyża jest właściwe mistykom.

Innym razem Ojciec Pio tak pisze: „Pragnę cierpieć coraz więcej i to cierpieć bez żadnej pociechy, i z tego właśnie czynię źródło mojej radości”. Pan wysłuchał tego pragnienia i zaspokoił je sprawiając, że Ojciec Pio „zawisł” na krzyżu, na którym pozostał przez całe życie. On sam opisuje nam to w jednym ze swoich listów z 1916 r. Zwracając się do Ojca Niebieskiego pisze do swego kierownika duchowego: „Błagam Cię, mój dobry Boże, byś był moim życiem, moją łodzią i moim portem. Ty zaprosiłeś mnie do wstąpienia na Krzyż Twego Syna i ja staram się dopasować najlepiej jak umiem: jestem przekonany, że już nigdy z niego nie zejdę”. Ta jego „misja współodkupiania” ludzkości stała się zadaniem, którym nacechowane było całe jego życie: „Pan pokazuje mi jak w lustrze, że całe moje przyszłe życie będzie niczym innym jak męczeństwem”.

To jego wyznanie sprawia, że powracamy do źródeł jego duchowości, czyli jego bezwarunkowej ofiary złożonej z siebie Panu. Dzień jego święceń kapłańskich, 10 sierpnia 1910 r., jest istotną datą jego życia, ponieważ właśnie w tym dniu Ojciec Pio „rodził się” jako kapłan i żertwa ofiarna. Słowa Ojca Pio napisane na obrazku prymicyjnym, na pamiątkę jego święceń: „Jezu, moje tchnienie i moje życie / dziś, gdy drżąc Cię podnoszę / w tajemnicy miłości / niech z Tobą będę dla świata / drogą, prawdą, życiem / a dla Ciebie kapłanem i doskonałą ofiarą”, w jakiś czas później nabierają charakteru odpowiedzi i zgody ze strony Boga, przejawiającej się darem stygmatów niewidzialnych, a następnie widzialnych, które Ojciec Pio nosił aż do śmierci. Niewypowiedziane cierpienie, powodowane przez te rany, które z miłości do ukrzyżowanego Mistrza każdego dnia pokornie ukrywał, dało mu lepiej poznać piękno i wartość okrutnej Męki Jezusa. W jednym z listów wyznaje: „Jezus mi mówi, że w miłości to On pociesza mnie, a w udrękach, natomiast, to ja pocieszam Jego”. Natomiast w tekście na obrazku upamiętniającym 25. rocznicę jego święceń, Ojciec Pio powraca do tego pragnienia poświęcenia się pisząc tak: „O Jezu, moja ofiaro, moja miłości… / uczyń mnie ołtarzem dla Twojego krzyża / złotym kielichem dla Twojej Krwi / ofiarą całopalną, miłością, modlitwą”.

Możemy zapytać po co to wszystko? Klucz do tajemnicy Kalwarii Ojca Pio daje nam on sam, kiedy pisze już w październiku 1912 r.: „Sam Jezus pragnie mojego cierpienia, potrzebuje go dla dobra dusz”. I jeszcze: „W udrękach Jezus jest bliżej, patrzy, przychodzi, by „żebrać” o zmartwienia, łzy…, potrzebuje ich dla dobra dusz”. Głębokie uczucie, które Ojciec Pio żywił do Pana, sprawiło, że złożył Jezusowi siebie w ofierze miłości, pragnąc dzielić z Nim wszystkie Jego katusze dla uświęcenia własnego i wszystkich dusz, z gotowością niesienia na swych ramionach wszystkich kar należących się grzesznikom i duszom czyśćcowym. Ojciec Pio rzeczywiście może być nazwany „Cyrenejczykiem ludzkości”, „Ukrzyżowanym bez krzyża”, który pragnąc gorąco zbawienia dusz, stał się orędownikiem i „pośrednikiem” wobec Bożej sprawiedliwości, powtarzającym za każdym razem, gdy tylko jest potrzeba, słowa Mojżesza: „Przebacz jednak im ten grzech! A jeśli nie, to wymaż mnie natychmiast z Twej księgi, którą napisałeś” (Wj 32,32). W dzienniku ojca Augustyna z San Marco in Lamis czytamy: „Jezu mój, wybacz, opuść ten miecz… a jeśli musi uderzyć, niech będzie tylko w moją głowę… tak, chcę być żertwą ofiarną… ukarz mnie, a nie innych… poślij mnie choćby do piekła, ale obym Cię kochał i niech się zbawią wszyscy, tak, wszyscy”.

Tajemnica zła przeplata się z tajemnicą Krzyża, jedynym źródłem zbawienia. Ojciec Pio stał się ofiarą, by ocalać, współpracować w dziele odkupienia. Do Ukrzyżowanego Jezusa możemy odnieść słowa proroka Izajasza: „On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści, a myśmy Go za skazańca uznali, chłostanego przez Boga i zdeptanego. Lecz On był przebity za nasze grzechy… Spadła nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie… Spodobało się Panu zmiażdżyć Go cierpieniem” (por. Iz 53,4-10).

Ileż razy powtarzał tym, którzy dzięki jego orędownictwu wracali do Boga: „Dziecko moje, moją krwią cię wykupiłem… zrodziłem cię dla Pana w bólu i w miłości… gdybyś wiedział, ile mnie kosztowałeś”. W cierpieniu przyjętym i zaakceptowanym, Ojciec Pio zrozumiał miłość Bożą, która się rodzi, rozwija i dojrzewa w cieniu Krzyża, gdzie Bóg objawia swoją bezgraniczną miłość do każdego człowieka. W każdym czasie pełnym niebezpieczeństw Bóg przygotowuje swoich zwycięzców i posyła ich do realizacji ich misji zbawienia. Między nimi jest Ojciec Pio. Wydaje się, że w nim Pan zechciał odcisnąć swoją pieczęć naprawdę wyjątkową, aby uczynić go wiarygodnym i wywierającym wrażenie świadkiem rzeczywistości nadprzyrodzonej: dać przykład współczesnemu światu.

Kto cierpi, zdobywa, a Ojciec Pio osiągnął wiele, bo wiele wycierpiał, był „cały poświęcony”, „ukrzyżowany”. Stał się cudem naszych czasów, mającym moc – z woli Bożej – przywoływać, pociągać, nawracać rzesze ludzi na całym świecie, za cenę modlitwy i krwi. A ukrzyżowanego nie można spotkać inaczej jak na drodze Krzyża. Kto go chce odnaleźć, znajdzie go na drodze krzyża. Na tej drodze nas pociesza i pomaga nam, by podążać w stronę zmartwychwstania.

S. Maria Urszula Żelazko AJC

 Tł. S. Joanna Cybułka AJC