OJCIEC PIO ŚWIADEK I APOSTOŁ MIŁOŚCI

Ojciec Pio przypominał: „Czasami chcemy być dobrymi aniołami, a zaniedbujemy bycie dobrymi ludźmi”. Daleki był od „angelizmu”, jednej z większych pułapek w życiu duchowym.  Jego miłość wykraczała poza ludzkie uczucia angażując całą jego osobę.

 

 

Miłość ludzka w życiu Ojca Pio

 

Ojciec Pio był osobą wewnętrznie scaloną, świadomą istnienia w nim dwóch wymiarów: duchowego i cielesnego. Pomimo licznych ekstaz i częstego obcowania z istotami niebiańskimi, był człowiekiem mocno stąpającym po ziemi i doświadczającym w swym ciele, aż do bólu stygmatów, pasji miłowania człowieka. Ermini Gargani, która nie akceptowała swych ludzkich słabości i upadków przypomniał, że składa się z ducha i ciała: „Czasami chcemy być dobrymi aniołami, a zaniedbujemy bycie dobrymi ludźmi”. Daleki był od „angelizmu”, jednej z większych pułapek w życiu duchowym. Jedność wewnętrzna ojca Pio wyrażała się w relacjach z innymi osobami. Relacje te były dojrzałe i oparte na uporządkowanej miłości.

Ludzka, pełna uczucia miłość łączyła go przede wszystkim z rodzicami i rodzeństwem. Grazio i Peppa, rodzice ojca Pio, byli ludźmi bardzo prostymi, nieumiejącymi nawet czytać i pisać, ale byli głęboko wierzący. Po narodzeniu się pierwszego syna – Michele, kolejnych dwoje dzieci zmarło. Młodzi małżonkowie przeżyli to bardzo boleśnie. Gdy Peppa po raz kolejny spodziewała się dziecka, oboje żarliwie się modlili. Urodził się chłopiec, który był bardzo słaby. Wszystko wskazywało na to, że i on nie przeżyje. Został ochrzczony w pośpiechu, zaraz następnego dnia. Otrzymał imię Franciszek. Rodzice bardzo pragnęli tego dziecka i Pan Bóg dał im łaskę zachowując je przy życiu. Franciszek był dzieckiem upragnionym i bardzo kochanym przez swoich rodziców, lecz na zawsze pozostał chorowity. Przeżywał lata swego dzieciństwa w szczęśliwym zaciszu rodzinnego domu. Po nim przyszły na świat kolejne dzieci: Felicita, Pellegrina i Grazia. Ojciec Pio wspominał później, że jego rodzice nigdy go nie uderzyli. On sam zresztą był dzieckiem bardzo posłusznym i nie chciał ranić najbliższych.

Relacje Franciszka z mamą i tatą były zupełnie różne, ale pełne synowskiego uczucia. Początkowo Franciszek zajmował się wypasaniem owieczek, ale bardzo pragnął pójść do szkoły. Ponieważ to pragnienie mu nie przechodziło, a rodzice cierpieli z powodu swego analfabetyzmu, ojciec Grazio podjął decyzję, by Franciszek się uczył, choć szkolne doświadczenia ze starszym synem Michele nie były najlepsze. Rodzice motywowali chłopca do nauki, a on był im posłuszny. Późniejszy brat Pio z wielkim rozrzewnieniem będzie wspominał swą pierwszą podróż do Neapolu wraz z tatą. Była to nagroda, którą obiecał Franciszkowi za dobre wyniki w nauce. Słowa dotrzymał. Po powrocie z pierwszej swojej podróży poza rodzinną miejscowość, szczęśliwy i pełen wrażeń opowiadał mamie o tym, co widział i przeżył, a ona ucałowawszy go w policzek powiedziała: „Synku, twój tatuś dotrzymał obietnicy, teraz ty staraj się dobrze wypełniać wszystkie twoje szkolne i inne obowiązki. W ten sposób będziesz wielką pociechą dla mnie, dla tatusia i dla wszystkich w domu”. Słowa te zapadły głęboko w pamięci Franciszka.

Gdy Franciszek miał 10 lat, jego ojciec podjął decyzję o wyjeździe za ocean, gdyż w domu robiło się coraz biedniej. Przez 6 lat przebywał w Ameryce. Chłopiec tęsknił za ojcem i każda wiadomość od niego napawała go radością. 5 października 1901 roku w liście do taty wyraża swe synowskie uczucia: „Najlepszy Ojcze, nie możesz sobie wyobrazić, jaką radość sprawił nam Twój list, w którym zapewniasz nas o swoim zdrowiu. Także my, dzięki Bogu, jesteśmy zdrowi, a ja w szczególny sposób zanoszę ciągłe modlitwy do naszej pięknej Pani, aby Cię strzegła od wszelkiego zła i zwróciła nam Cię całego i zdrowego”. Jest to jedyny list, jaki zachował się z tamtych czasów.

Nadzwyczaj ciepłe i silne uczucia łączyły go z mamą. Z czasów swego dzieciństwa wspomina pocałunki, które od niej otrzymał: „Kto jest w stanie przypomnieć sobie wszystkie wyrazy macierzyńskiej troski i wszystkie jej pocałunki?”. Szczególnie utkwił mu w pamięci jeden. Po przedłużającym się pobycie wakacyjnym u ciotki mieszkającej w oddalonej o 40 kilometrów wiosce, wrócił do domu spóźniony o trzy dni. „Mama widząc, że nie wracam na czas (...) była pełna bólu i płakała nieutulonymi łzami (...). Wreszcie, w dzień mojego powrotu (...) poznawszy mnie z daleka, w pośpiechu i z rozradowaną twarzą wybiegła mi na spotkanie (...), objęła mnie i wyciskając mi tysiąc pocałunków na twarzy, płakała pocieszona. O, jak mi pozostały w sercu te słodkie pocałunki mamy”.

O silnym przywiązaniu matki i syna świadczy dzień ich rozstania, kiedy to piętnastoletni Franciszek żegnał się ze swą rodzicielką, udając się do Morcone, by odtąd służyć Panu w franciszkańskim zakonie. Im bardziej zbliżał się dzień wyjazdu, tym większe było cierpienie obojga. Jedynie dzięki nadprzyrodzonemu umocnieniu Franciszek był zdolny, by pokonać siebie i uściskać na pożegnanie matkę, pomimo „bolesnego męczeństwa przeszywającego [jego] duszę i ciało”. Mama nie była jednak w stanie opanować łez, a po udzieleniu synowi błogosławieństwa zemdlała z powodu zbyt wielkiego bólu.

Silna więź z rodzicami utrzymała się na zawsze. Zachowało się niewiele listów adresowanych do rodziców, lecz przez wszystkie przebija troska o nich i uczucia, które do nich żywił: „Wydaje mi się, że jakiś głos zwraca się do mego serca, bym czuł nieustannie wdzięczność i pełnię obowiązków, jakie mam wobec Was, bo byliście i jesteście nadal osobami najbardziej przeze mnie kochanymi”. W liście do mamy zwraca się w podobnych słowach zapewniając ją, że jest najdroższą mu osobą. W korespondencji do rodziców nigdy nie zapominał o pozdrowieniach dla rodzeństwa, przyjaciół, krewnych. Zawsze też przekazywał pozdrowienia dla babci, dla której był pełen podziwu i miłości z powodu jej pięknych naturalnych cech ludzkich i żarliwej pobożności.

Franciszek miał starszego brata i trzy młodsze siostry. Łączyły go z nimi więzi bardzo silne i prawdziwie braterskie. W dzieciństwie bawił się z rodzeństwem, a siostrom robił nieraz zabawne żarty. Czuł się bardzo związany z Felicitą. Czasami, gdy myła włosy, on skradał się od tyłu i niespodziewanie zanurzał jej głowę w miednicy z wodą. Ona zaś, udając że jest zła, w końcu uśmiechała się do psotliwego brata. Niestety, ta ukochana siostra zakończyła wcześnie ziemskie życie, mając zaledwie 29 lat. Ojciec Pio przebywający już wówczas w San Giovanni Rotondo był podwójnie przeszyty bólem. Kiedy otrzymał wiadomość o odejściu siostry, mijało zaledwie pięć dni odkąd na jego ciele pojawiły się widzialne znaki męki Jezusa. 26 września 1918 roku, czyli dzień później pisze do rodziców: „Piszę do was z sercem rozdartym z powodu przenikliwego cierpienia. Cóż mam Wam powiedzieć, skoro każde słowo więźnie w gardle z powodu tak okrutnego bólu?”. W dalszej części listu przeprasza, że nie może przybyć na pogrzeb, gdyż nie czuje się najlepiej. Jak mógłby pokazać się w rodzinnej miejscowości z krwawiącymi ranami na dłoniach, skoro nawet przed współbraćmi starał się ukryć to zjawisko za wszelką cenę? Cierpiał więc dodatkowo z powodu niemożności uściskania swych bliskich w tak bolesnym momencie: „Jestem przepełniony bólem i przykro mi, że nie mogę przybyć do Was na kilka dni, byśmy mogli razem przelewać nasze łzy i razem doświadczać naszego bólu”.

Za każdym razem, gdy ktoś w rodzinie chorował lub umierał, w ojcu Pio bardzo mocno uwidaczniały się zwykłe, ludzkie uczucia. Wielokrotnie pisząc listy do bliskich, martwił się o ich zdrowie: „Jestem bardzo zasmucony z powodu Waszej choroby” – pisał do rodziców. Zaś do brata: „Jestem bardzo zaniepokojony z powodu Ciebie. Przeszły nie dreszcze, gdy przeczytałem w Twoim liście o wielkiej rzezi, jaką u Was sprawiła epidemia grypy. Jestem więc w ciągłym lęku o Ciebie”. O wiele bardziej cierpiały jego uczucia, gdy w grę wchodziła śmierć. W listopadzie 1920 roku zmarł jego jedenastoletni bratanek. Ojciec Pio, przejęty bólem napisał list do cierpiących rodziców, a swego duchowego ojca – ojca Agostino poprosił, by pojechał do Pietrelciny i pocieszył pogrążoną w żałobie rodzinę.

Najtrudniejsza jednak ze wszystkich była śmierć rodziców. List do brata napisany 17 stycznia 1929 roku, czyli w dwa tygodnie po odejściu mamy ukazuje wielką miłość do obojga rodziców i troskę o owdowiałego ojca: „To prawda, że z upływem dni, pustka spowodowana stratą naszej ukochanej mamy, zamiast się wypełniać, staje się coraz głębsza, ale jest to pustka, która przeszywa, ale nie pozwala mi stracić równowagi”. W dalszej części listu powierza ojca swemu bratu dodając: „Jestem gotów, by przejść jakiekolwiek upokorzenia i ofiary, żeby tylko jemu ich zaoszczędzić”. Grazio Forgione zmarł 18 lat po swojej żonie, w 1946 roku. Ojciec Pio był obecny przy jego śmierci, która nastąpiła w San Giovanni Rotondo. Ojciec Agostino wspomina ten dzień: „Ojciec Pio cały dzień pozostawał w domu, w którym umarł jego tatuś. Leżał w łóżku, modlił się i cierpiał. Przez najbliższy tydzień był w stanie tylko odprawić Mszę świętą. Następnie wracał do łóżka, gdyż czuł się wyczerpany fizycznie i psychicznie. Pod względem duchowym czuł się dobrze, gdyż był pogodzony z wolą Boga i zjednoczony z Nim. Jednak widać było, że przeżywał depresję”.

Najmłodsza siostra, Graziella od 1917 roku znajdowała się w Rzymie, gdyż postanowiła poświęcić swoje życie Bogu wstępując do zakonu sióstr świętej Brygidy. Ojciec Pio osobiście towarzyszył jej w jej przeprowadzce do Rzymu, gdyż pragnął uczestniczyć w tym tak ważnym dla siostry momencie. Graziella przyjęła imię siostra Pia od Matki Bożej Bolesnej. Do tej samej wspólnoty 2 lata później wstąpiła wspomniana wcześniej Margherita Tresca, córka duchowa ojca Pio. W lutym 1919 roku ojciec Agostino odwiedził dwie zakonnice zapewniając ojca Pio, że obydwie są bardzo zadowolone, a siostrze Pii towarzyszy dobre zdrowie. W 1923 roku ojciec Pio przesłał swej młodszej siostrze krucyfiks, by miała po nim pamiątkę.

Wracając jeszcze do czasów jego dzieciństwa, nie można nie wspomnieć przyjaźni, jaka go łączyła z Luigim Orlando. Unikał chłopców, którzy nie byli dobrym towarzystwem. Nie znosił też brzydkich słów, które sprawiały mu wielką przykrość. Zaprzyjaźnił się jednak z Luigim, z którym pasł owce. Podczas, gdy owieczki się pasły, dwaj chłopcy żartowali, a także bili się, by sprawdzić, który z nich jest silniejszy. „Franciszek zawsze zwyciężał, bo był starszy ode mnie o trzy lata” – wspominał Luigi. Dwóch pastuszków w okresie przedświątecznym modelowało z gliny figurki do szopki. Szukali muszli, z których potem robili światełka wlewając do nich olej i zapalając knotek. Te wspomnienia z dzieciństwa dla obydwóch przyjaciół pozostały bardzo miłe i ciepłe.

Od czasu, kiedy ojciec Pio został zakonnikiem i kapłanem poznał nowych ludzi, z którymi łączyły go przeróżne relacje. Doświadczał przyjaźni i odpowiadał miłością na miłość. Jego ludzka strona pełna była uczucia dla wszystkich, szczególnie zaś dla tych, których uważał za szczególnie sobie bliskich. Najważniejsze relacje łączyły go z duchowymi kierownikami oraz z duchowymi dziećmi. Ojciec Benedetto był superiorem prowincjalnym dokładnie w czasach, gdy kierował duszą świętego ojca Pio. Młody zakonnik czuł się pewnie w rękach swojego prowincjała. Korespondencja między nimi rozpoczyna się 2 stycznia 1910 roku i trwa do 1922 roku, kiedy to obaj otrzymali nakaz, by przerwać jakiekolwiek kontakty.

Wszystkie listy napisane przez ojca Pio do prowincjała przetrwały do dziś, a jest ich 165. Od początku zawiązała się pomiędzy nimi bliska więź, która umocniła się potem, gdy ojciec Benedetto został jego duchowym kierownikiem. Oczekując dyspensy od wieku, by móc być wyświęconym na kapłana, młody brat Pio zwraca się do przełożonego słowami pełnymi synowskiego przywiązania: „Nie mogę ukryć przed Tobą dobry Ojcze, którego mam zaszczyt i szczęście kochać, że jestem zawiedziony, że moje nadzieje upadły”. Zaś ojciec Benedetto, pomimo swego surowego charakteru, również zapewnił brata Pio o swej ojcowskiej miłości i trosce o niego.

Drugi ojciec duchowy ojca Pio to ojciec Agostino. Poznali się w październiku 1907 roku. Ojciec Agostino był wówczas profesorem teologii, a brat Pio rozpoczynał właśnie pierwszy rok studiów teologicznych. Pomiędzy profesorem a uczniem szybko nawiązała się relacja zrozumienia i szacunku, która przetrwała ponad pół wieku. W liście z 21 października 1912 roku adresowanym do ojca Benedetto, ojciec Pio pisze: „Ojciec profesor był moim zwyczajnym kierownikiem i nikt jak on nie zna do głębi mojego wnętrza”, a następnie powołując się na nakaz Jezusa prosi prowincjała, by odebrał od ojca Agostino całą jego korespondencję. Od tego momentu aż do 1922 roku, czyli przez następnych 10 lat, trwa wspólne kierowanie duszą ojca Pio. Po 1922 roku ojciec Pio został przekazany wyłącznie pod duchową opiekę ojca Agostino, i tak pozostało aż do jego śmierci.

Ojciec Pio w pewnym okresie swego życia, w korespondencji adresowanej do ojca Agostino, zwracał się do niego „babbo” [tatuś, ojczulek]. Ten pełen uczucia zwrot wskazuje jak bliska i ludzka była miłość ucznia do profesora. Zdarzało się też, że zwracał się tak i do prowincjała. Cała korespondencja pomiędzy ojcem Pio i jego kierownikami, która zachowała się do dziś, datuje się na lata 1910-1922, czyli mniej więcej na czas wspólnego kierowania dwóch zacnych kapucynów duszą świętego współbrata. 165 listów adresowanych do ojca Benedetto i 180 do ojca Agostino ukazują wielkie zaufanie i autentyczną miłość, jakimi ojciec Pio darzył swych kierowników.

Wszystkie listy ojca Pio, niezależnie od tego, czy pisał do krewnych, czy do ojców duchowych, do współbraci czy do duchowych dzieci, pełne były ludzkiej miłości, którą potrafił okazać z prostotą i bez żadnego zażenowania. Do ojca Agostino pisze: „Powinny mi wystarczyć zapewnienia z nieba, lecz cóż! Sercu nie można rozkazywać. Otrzymałem Twój list, w którym dajesz mi nadzieję, że będę mógł Cię uściskać w przyszłym miesiącu”. Ojcu Paolino, swemu współbratu, byłemu gwardianowi w San Giovanni Rotondo wyznaje: „Niech Jezus umocni Cię, byś czuł mniej gorzką naszą rozłąkę (...) Ja też pogodziłem się z tym, lecz nie zmniejsza to ogromnego bólu, jaki czuję z powodu oddalenia od Ciebie i bliskich mi osób”. W innym liście do tegoż brata pisze: „Obiecałeś mi, że wracając z Twojej misji wstąpisz tu, by ucieszyć moje serce, a ja odliczam godziny, by móc Cię uściskać”.

Wielką czułością darzył dzieci. Maria Massa, która w dzieciństwie często towarzyszyła swej mamie i ciotce idącym do klasztoru, by wyspowiadać się i porozmawiać z ojcem Pio, wspomina: „Gdy zimą siadaliśmy wokół kominka, zbliżałam się do niego, on okrywał mnie swoim płaszczem, a ja głaskałam mu brodę (...) wśród dzieci stawał się miłością”. Pisząc listy nigdy nie zapominał o pozdrawianiu dzieci: „Całuję dzieci, którym przesyłam nieskończone błogosławieństwa i pieszczoty, a Wam serdeczne uściski”, „Całuję dzieci, pozdrawiam rodzinę, a Tobie serdeczny uścisk”, „Małemu Piotrusiowi nieskończone pocałunki”, „Liczne pieszczoty przemiłemu dziecku”.

Szczególną postacią w życiu świętego zakonnika była jedna z jego duchowych córek: Cleonice Morcaldi. Ojciec Pio znał Cleonice niemalże od początku swego pobytu na wzgórzach Gargano, gdyż była ona mieszkanką San Giovanni Rotondo. Dzięki wyjątkowo bliskiej więzi tych dwóch dusz wiemy wiele o ludzkiej stronie świętego ojca Pio. Stała się bliska świętemu stygmatykowi z powodu swej dziecięcej prostoty. Była w jego ręku jak dziecko, które pozwala się kształtować nie stawiając żadnego oporu. Również dzięki niej wiemy wiele o jego cierpieniach, o których nikomu nie mówił, ale mając słabość do Cleonice, odpowiadał na jej zuchwałe pytania. Jej zawdzięczamy ujawnienie różnych etapów męki Chrystusowej, w której uczestniczył: od skazania na śmierć poprzez biczowanie, ukoronowanie cierniem, aż po konanie na krzyżu i życie ze Zmartwychwstałym.

Listy ojca Pio do Cleonice są pełne uczucia miłości. Mógł on sobie pozwolić na nie ze względu na wielką prostotę swej „córeczki”: „Moja najdroższa Córeczko! Bądź spokojna. Wiedz, że twój ojczulek jest cały Twój. Wcale nie osłabła jego miłość i troska o Ciebie”. Innym razem Cleonice otrzymała bilecik: „Córeczko mego serca, Tobie przesyłam całego siebie z całkowitym oddaniem mojej duszy płonącej świętą miłością”. I jeszcze: „Pozdrawiam Cię poprzez pocałunek w Panu oraz z Nim i w Nim przyciskam Cię mocno do mojego serca”. Na jednym z podarowanych jej obrazków z umieszczoną z tyłu dedykacją wyraźnie nazywa ją swą serdeczną przyjaciółką.

Ojciec Pio był dla Cleonice nie tylko ojcem, ale również i matką, szczególnie od dnia, w którym ziemska matka Cleonice opuściła świat. Po pogrzebie mamy, Cleonice otrzymała od swego duchowego kierownika list, w którym mogła przeczytać: „Skoro w przeszłości zastępowałem Ci tatę, od tej chwili z głębokim przejęciem podejmuję się również roli mamy”. Od tego dnia, aż do śmierci na zawsze pozostał dla Cleonice ojcem i matką. W jego listach i na biletach adresowanych do niej często można wyczytać wyrażenia: „Matuchna przesyła umiłowanej swego serca całą swą duszę wypełnioną macierzyńskim uczuciem”, „Ten, którego nazywasz z niewypowiedzianą tkliwością „Matuchną”, jest zawsze z Tobą”, „Wraz z Jezusem błogosławię Cię z ojcowską i matczyną miłością”, „Córuniu moja! Matuchna jest zawsze z Tobą”.

 

Nadprzyrodzona cnota miłości

 

Silna więź z Jezusem rozwijała w ojcu Pio miłość coraz większą i coraz bardziej bezinteresowną do Boga i do bliźniego. Miłość ta wykraczała poza ludzkie uczucia angażując całą jego osobę. Wiele listów wskazuje na to, jak ojciec Pio był „wchłonięty” przez Boga-Miłość, która go ukształtowała. 30 stycznia 1915 roku opisuje ojcu Agostino działanie Bożej miłości w jego duszy: „Czuję, że serce i wszystkie moje wnętrzności są wchłonięte przez płomienie ogromnego ognia (...). Podczas, gdy dusza czuje nieznośne męczeństwo pochodzące od tych płomieni, jednocześnie doświadcza nadmiernej słodyczy. To wszystko sprawia we mnie wybuch wielkiej miłości Boga”.

Opisując stan swojej duszy zanurzonej w miłosną relację z Bogiem, nazywa go „chorobą serca”. Z powodu nadmiaru miłości odnosił wrażenie, że serce tego nie wytrzyma, zadając mu śmierć, z drugiej zaś strony płomienie miłości, choć paliły, nie pozwalały mu umrzeć. To nadzwyczajne zjawisko uzdalniało go do miłości tak wielkiej, że nie patrząc na własne straty i korzyści oddawał się całkowicie i bez zastrzeżeń do dyspozycji Boga i braci na wygnaniu. Miłość Boga i bliźniego była dla niego priorytetem. Te dwie miłości były nierozdzielne. Kochał Boga dla Niego samego i kochał wszystkich ludzi w Bogu, gdyż sam naznaczony był głębokim doświadczeniem nieskończonej miłości Pana.

„Jestem trawiony miłością do Boga i do bliźniego. Bóg jest zawsze obecny w moim umyśle i odbity w moim sercu. Nigdy nie tracę Go z oczu” – napisał ojciec Pio do ojca Benedetto. To piękne wyznanie o trawiącej go miłości daje nam obraz nadprzyrodzonego stanu jego duszy nieustannie obfitującej w miłość gotową do wszelkich poświęceń. W tym samym liście daje dowód swej ofiarniczej miłości konkretyzującej się w modlitwie wstawienniczej za braci: „Ileż razy, by nie powiedzieć nieustannie, muszę z Mojżeszem mówić Bogu-Sędziemu: przebacz temu ludowi, albo mnie wymaż z księgi życia” (por. Wj 32,31-32).

Ojciec Pio stawał się więc niejako adwokatem grzeszników wobec Bożej sprawiedliwości. Grzesznicy przychodzili do niego, by szukać miłosierdzia w sakramencie pokuty i pojednania. On czując się z nimi solidarny, wlewał w nich nadzieję i ufność w Boże miłosierdzie: „Bóg zechciał uczynić ze mnie przykład łaski; chce mnie ukazać wszystkim grzesznikom jako wzór, aby nikt nie rozpaczał (...). Grzesznicy! Spójrzcie na mnie, szaleńca i nie rozpaczajcie, ponieważ Pan nie dość, że przebaczył mi moje grzechy, to jeszcze zechciał mnie ubogacić w najbardziej cenne łaski”. Nosząc w sobie nieustannie doświadczenie Bożego przebaczenia pragnął usposobić wszystkie dusze do skruchy i ufnego zawierzenia się ramionom kochającego Ojca, gotowego w każdej chwili przygarnąć zagubione owce.

Ojciec Pio nie kochał swą własną miłością, do której czuł się niezdolny, ale to miłość samego Boga przenikała przez niego. Obejmował nią wszystkich, by uwierzyli, że Bóg jest miłością. Miłość prowadziła go na krzyż, by wraz z Jezusem umierać za zbawienie świata. Pragnął uwalniać ludzi z ich ciężkich doświadczeń, biorąc na siebie ich cierpienia i próby. Każdego człowieka traktował indywidualnie, gdyż każdy potrzebuje czegoś innego. Był „Miłosiernym Samarytaninem” dla wszystkich. Niektórzy potrzebowali zdrowia fizycznego i otrzymywali je dzięki jego wstawiennictwu, inni, będąc zgorzkniałymi, przygnębionymi i zniechęconymi, odzyskiwali wiarę i ufność. Ojciec Pio przyszedł z pomocą także wielu umierającym. Monetą, którą płacił za otrzymywane dla innych łaski, było jego własne cierpienie, jego otwarte rany, które krwawiły przez pół wieku.

Na piątej stacji Drogi Krzyżowej w San Giovanni Rotondo, ojciec Pio przedstawiony jest jako Szymon z Cyreny pomagający Jezusowi dźwigać krzyż. Ta stacja Drogi Krzyżowej była niewątpliwie inspirowana gotowością ojca Pio do przyjmowania na siebie ciężarów dźwiganych przez ludzkość. Niektóre uzdrowienia, mające miejsce w San Giovanni Rotondo były nagłe i widoczne dla wszystkich obecnych. Każdy, kto zbliżał się do ojca Pio nie odchodził bez otrzymania jakiejś łaski. Człowiek ten nie potrafił przejść obojętnie obok cierpień swoich braci i sióstr. „Nie jestem w stanie odmówić nikomu – pisał do ojca Agostino – jak mógłbym to zrobić, kiedy wiem, że pragnie tego Pan Bóg, a On nie odmawia mi niczego, o co Go proszę”. Nie były to oczywiście jedynie uzdrowienia fizyczne, ale przede wszystkim duchowe, które przywracały pokój znękanym przez grzech duszom.

Płacąc za fizyczne i duchowe uzdrowienia, ojciec Pio był obciążony licznymi cierpieniami. Cierpiał fizycznie, moralnie i duchowo. Przeróżne niezidentyfikowane choroby, wysokie gorączki, ból stygmatów, sprawiały, że bardzo cierpiał w swoim udręczonym ciele. Stan jego fizycznego wyczerpania ciągle się pogarszał, tak, że przy końcu życia stał się żywym portretem cierpienia. Do cierpienia fizycznego dołączały się różnego rodzaju cierpienia moralne, takie jak: niezrozumienie, oszczerstwa drukowane na łamach prasy oraz wypowiadane wobec przełożonych i hierarchów, próba odosobnienia.

Jeszcze gorsze były jednak cierpienia natury duchowej. 10 stycznia 1911 roku zwierza się ojcu Benedetto: „Duchowe walki w porównaniu z tymi, które cierpię fizycznie, są o wiele większe, chociaż cierpienia cielesne stają się ciągle coraz obfitsze”. Jeden z jego lekarzy, dr Gusso uważa, że patrząc z punktu widzenia klinicznego, powinniśmy znać ojca Pio rozchwianego psychicznie, pogrążonego w głębokim smutku, depresji i rozpaczy. A tymczasem było zupełnie odwrotnie. Jego cierpienia, zamiast prowadzić do bezładu, stały się dla niego potężnym bodźcem duchowego rozwoju. Było to możliwe tylko dzięki łasce ogromnej miłości, jaką otrzymał. Sam zresztą wyznaje: „Jestem ukrzyżowany z miłości!”.

Całe jego życie należało do Boga, i całe jego cierpienie ofiarowywane było za biednych grzeszników. Ochoczo zgadzał się na wszystko, o cokolwiek Pan go poprosił: „Jestem gotów na wszystko, byle tylko wypełnić Jego wolę”. Intensywna miłość, jakiej doświadczał, popchnęła go do ofiarowania siebie jako żertwa miłości, gdyż chciał podzielać z Jezusem wszystkie Jego udręki. Aby uświęcić siebie i ocalić wszystkie dusze, był gotów wziąć na swe ramiona wszystkie kary przeznaczone dla grzeszników i dusz w czyśćcu cierpiących.

Za wstawiennictwem ojca Pio wiele osób odzyskiwało zdrowie i zostawało uwalnianych od ich cierpień. Widząc, że ktoś jest słaby i nie da rady udźwignąć swojego cierpienia, prosił Boga, aby przerzucił na niego doświadczenia tego człowieka, i by tamten został uwolniony. Jednak w przypadkach, gdy widział większe duchowe urobienie i dojrzałość lub z jakiegoś innego, jemu wiadomego powodu, mawiał, jak to się przytrafiło pewnemu człowiekowi, który chciał być uwolniony od dokuczliwych wrzodów żołądka: „Pozostań sobie z twoimi cierpieniami, jak ja pozostaję z moimi. Co przyniesiesz Panu, jak Mu się pokażesz na końcu Twojego życia?”. W ten sposób nie tylko sam żył miłością, ale uczył innych odpowiadania Bogu miłością za miłość.

Dusze cierpiące, które raz zrozumiały, że ofiarowane Bogu cierpienie jest najpiękniejszą odpowiedzią na Bożą miłość, odznaczały się wielką pogodą ducha, wewnętrzną wolnością i intymnym przylgnięciem do osoby Jezusa. Ojciec Pio uczył, że dusza, która ufa Panu i w Nim pokłada całą swoją nadzieję nie ma się czego obawiać. To szatan jest tym, który niepokoi i chce doprowadzić duszę do rozpaczy. Należy nim pogardzać trzymając się mocno kotwicy, którą jest sam Jezus Chrystus, powtarzając za Hiobem: „Panie, nawet gdybyś mnie zabił, w Tobie będę pokładał nadzieję” (Hi 13, 15). „Nieprzyjaciele Boga – pisze ojciec Pio w jednym ze swych listów – szydzą z krzyża i z tych wszystkich, którzy z Synem Bożym są ukrzyżowani. To upodobnienie do Niego powinno być dla Ciebie, tak jak jest dla wielu dusz, powodem radości”.

Konkretnym przejawem nadprzyrodzonej miłości Boga względem człowieka jest miłosierdzie. Ojciec Pio, pomimo pokus i wewnętrznych ciemności nigdy nie wątpił w miłość i miłosierdzie Boga. Nawet w poczuciu odepchnięcia przez Pana nie przestawał ufać Jego miłości, oddając Mu tyle, na ile było go stać. W jednym z tak trudnych momentów pisze do ojca Benedetto o swej duszy: „Pragnie kochać Go wbrew wszystkiemu, nawet gdy widzi siebie zgubioną na wieki”.

To doświadczenie miłosierdzia Bożego przekładało się w jego życiu na czynienie miłosierdzia wobec innych. Nie ograniczał się do ofiarowania „czegoś” ubogim i potrzebującym, ale ofiarowywał również samego siebie. Za każdym razem, gdy czynił akt ofiarowania siebie za innych, prosił o pozwolenie swoich duchowych kierowników, którzy znając dobrze jego zrównoważenie psychiczne i wielką nadprzyrodzoną miłość, zawsze wyrażali zgodę na jego prośby. W korespondencji odnotowane są niektóre z tych aktów przez niego uczynionych. Ofiarował się kilkakrotnie za wszystkich grzeszników i dusze w czyśćcu cierpiące. Po raz pierwszy uczynił to w dniu swoich święceń kapłańskich w 1910 roku, a później wielokrotnie ten akt ponawiał. Ofiarował się również jako żertwa za wydoskonalenie się kolegium serafickiego, nad którym w 1916 roku została mu powierzona opieka duchowa. Ponadto wielokrotnie ofiarowywał siebie w intencji swoich kierowników duchowych, w intencjach Ojca Świętego, za potrzeby duchowe swojej prowincji oraz w czasie wojny za rychłe zakończenie działań wojennych. Nagląca potrzeba ofiarowania siebie wypływała z uczucia miłosierdzia, jakie podzielał wraz z samym Bogiem, który dał mu poznać, co oznacza bycie ofiarą: mianowicie osiągnięcie stanu „consummatum est” oraz „in manus tuas”.

Wielkie serce ojca Pio i jego całkowite oddanie się potrzebom bliźnich nie mogło nie mieć wpływu na tych, którzy byli przez niego duchowo kształtowani. Miłość bliźniego była jednym z podstawowych tematów jego duchowej doktryny. Często instruował, a nawet upominał w tej dziedzinie swoich duchowych uczniów: „Bądź dobra dla bliźnich i nie dawaj się ponosić gniewowi”, „Kto kocha Boga, czuje w sobie także płonącą miłość do braci”.

Głos Jezusa: „Potrzebuję dusz, które ofiarowałyby siebie, by złagodzić słuszny gniew mojego Ojca”, który słyszał w widzeniu, popychał go do tego, aby samemu się nie oszczędzać i szukać dusz, które ofiarowałyby Bogu swe cierpienia. Sam będąc wówczas uwięzionym w rodzinnej Pietrelcinie, poprosił ojca Agostino, by szukał takich dusz: „Jeśli Ojciec potrafi, niech znajdzie dusze, które ofiarowałyby się Panu jako żertwy za grzeszników”.

Sam osobiście zaangażował się w szukanie „cyrenejczyków” dla Pana. Gdy tylko miał kontakt z pierwszymi duszami, najpierw poprzez korespondencję, a później, gdy znalazł się w San Giovanni Rotondo osobiście, tak kierował tymi duszami i tak je formował, że wiele z nich z radością żyło takim życiem ofiarniczym aż do końca życia. Można do nich zaliczyć wiele osób, lecz wymienimy tu przynajmniej Antoniettę Vona, Margheritę Tresca, Cleonice Morcaldi i Marię Gargani. W korespondencji z nimi, czy też w osobistych kontaktach dodawał im odwagi i przypominał im ich powołanie: „Cierp, lecz wierz, że sam Jezus cierpi w Tobie i z Tobą. On pragnie, abyś towarzyszyła Mu w Jego męce, a Ty jako żertwa, z miłości do braci, dopełniaj niedostatki udręk Chrystusa (Kol 1,24)”. Pewnego dnia przyszedł do bardzo cierpiącej i przykutej do łóżka Antonietty Vona, usiadł na jej łóżku i zaczął opisywać, tak jakby czytał z jakiejś książki, wszystkie grzechy, które popełnia się na świecie. Na koniec zwrócił się do cierpiącej: „Antonietta, cierpmy za naszych braci”. Z Marią Gargani początkowo korespondował, później jednak nastąpiły liczne osobiste spotkania. Późniejsza założycielka „Apostołek Najświętszego Serca Pana Jezusa” musiała doświadczyć licznych prób. Ojciec Pio często ją pocieszał i zachęcał do ofiarowania tych cierpień za braci.

Do sióstr Ventrella, mieszkanek San Giovanni Rotondo, z którymi utrzymywał korespondencję będąc w 1918 roku poza miastem, zwrócił się z prośbą: „Pozdrawiam Was i błogosławię, prosząc byście pomogły temu „cyrenejczykowi” niosącemu krzyż wszystkich ludzi”. O wartości cierpienia nauczał przy każdej okazji. Nawet w momentach rekreacji wykorzystywał sposobne chwile, by „wychować” swoje dzieci do zrozumienia tej wartości. Zapytany, jak to możliwe, że Pan czasem pozwala na ból nie do wytrzymania, odpowiedział: „Pan robi to, by nam powiedzieć, że wszystko otrzymaliśmy od Niego. Aby Jego stworzenia żyły w pokorze, chce od nich tej troszeczki (choć i ta troszeczka jest im dana przez Niego), aby one mogły Mu ją ofiarować”.

W ten sposób uczył prawdziwej, nadprzyrodzonej miłości, która myśli o innych, a zapomina o sobie. Osoby, które rozwijały się duchowo pod kierownictwem ojca Pio coraz bardziej rozumiały tę prawdę i chęć pozbycia się cierpienia z wolna przeradzała się w akceptację i w modlitewne ofiarowywanie go Bogu za innych. Jedna z duchowych córek ojca Pio o imieniu Adelina, która za jego przykładem nauczyła się kochać i cenić cierpienie, każdego dnia ofiarowywała siebie jako żertwa ofiarna za zbawienie dusz. Niczego nie pragnęła na tej ziemi, jedynie ostatecznego spotkania z Chrystusem.

Ojciec był szczególnie wrażliwy na punkcie grzechów przeciw bliźniemu popełnianych językiem. Pod tym względem był bardzo surowy i radykalny. Był zaciekłym przeciwnikiem plotek, które nigdy nie oddają całej prawdy o człowieku, a są jedynie wytworem przypuszczeń i domysłów. Pewnej penitentce powiedział: „Kiedy szemrzesz przeciw komuś, znaczy że nie kochasz tej osoby, i że wyrzuciłaś ją z twojego serca”. Księdzu Labellarte przytrafiło się, że ojciec Pio posłużył się nim dla upomnienia mieszkańców pewnego domu, gdzie zamieszkiwał przez rok: „Dziś po obiedzie wstaniesz i powiesz: Dziękuję wam za to, co zrobiliście dla mnie i niech Pan wam to wynagrodzi, ale ojciec powiedział mi, że mam opuścić ten dom, gdyż tutaj się plotkuje”.

Te i inne tym podobne nauki miały na celu uwrażliwiać na potrzeby bliźnich, aż po ofiarowanie im swojego miłosierdzia wypływającego z głębokiego dla nich współczucia. W latach przed drugą wojną światową Jezus objawiał się prostej polskiej zakonnicy Faustynie Kowalskiej, pouczając ją o tym, czego chce od swoich wiernych sług: „Pragnę, aby to miłosierdzie rozlało się na świat cały przez serce twoje. Ktokolwiek zbliży się do ciebie, niech nie odejdzie bez tej ufności w miłosierdzie Moje, której tak bardzo pragnę dla dusz”. Można powiedzieć, że pragnienie Jezusa, by jego wierni stawali się kanałami Bożego Miłosierdzia realizowało się w sercu ojca Pio, który dbał o to, by otaczający go bliscy mu współpracownicy w winnicy Pańskiej zrozumieli dobrze, że mają się stawać sakramentem Bożej miłości w świecie.

s. Anna Kołoch AJC, 2008r.